piątek, 25 stycznia 2019

Od Eliego do Ktosia

Słońce świeciło wysoko na jasnym niebie, ogrzewając wszystkie już zielone roślinki i hasające po ziemi stworzonka, w tym również mnie. Wypatrywałem pewnych czerwonych, bardzo pomocnych po kilku nieprzespanych nocach nasionek pnącza. Woda zapewne była jeszcze chłodnawa, ale nie to mnie wtedy obchodziło. Ważne było to, co rosło przy niej na drugim brzegu. Guarana. Pobudzająca i psychostymulująca, poprawiająca odporność, likwidująca ból głowy roślinka. Bardzo rzadka, ale na moje szczęście akurat tu się od niej roiło. Leo pewnie chciałby trochę mieć. Lubi nie spać. Tacie zdecydowanie bardziej by się przydała. Przynajmniej wraz ze mną, część jego problemów się skończyła.
Cóż. Ja, jak to ja szybko się ulokowałem. Dwa tygodnie i już mam gdzie mieszkać i zajęcie. Nawet nie najgorsze. Szczeniaki są urocze.
Przeleciałem nad wodą i zerwałem trochę, uważając, żeby jakoś bardzo nie uszkodzić tak przydatnej rośliny, za chwile chowając ją sobie pod skrzydła. Musiałem przyznać, że taki schowek bardzo się przydawał. Nie trzeba było się męczyć z targaniem niektórych rzeczy w pysku przez czas wędrówki. Było to miłe udogodnienie, ale niestety nie wszystko szło po mojej myśli. Czarny kolor mojego futra przyciągał ciepło bardziej niż glin, a lato nie przestawało dawać się we znaki. Słońce zdawało się bliżej niż przed chwilą, bo temperatura podskoczyła. Wskoczenie do rzeki kusiło jeszcze bardziej niż przed sekundą. Nie zniósłbym tego długo. Jeszcze dorobiłbym się udaru. Koniec tego.
W jednym momencie iskrzące się światło załamało się, a ja szedłem już zacienioną ścieżką do swojej ciemnej, ale ciepłej jaskini. Ta moc bardzo mi się przydawała w tak ciepłe dni, jak ten. Poodkładałem pędy osmęty na odpowiednie miejsce wśród innych leczniczych roślin, czekających na odkażenie i przygotowanie. Może potem zaniosę to szamanowi, żeby się tym zajął. Za dwadzieścia minut zaczynałem pracę, więc powinienem zająć się tym nieco później. Obowiązki przede wszystkim. Taaak.
Wyszedłem z jaskini, zapominając o jasnym świetle, które pod tym kontem niemiłosiernie poraziło mnie w oczy. Zanim zdążyłem je zniwelować, poczułem, że na coś wpadłem. Potknąłem się o własne łapy, próbując wycofać się do tyłu, nie ujrzawszy podłoża i skończyłem na ziemi, w cieniu, wytworzonym przez moją jaskinię. Niezdara.
Podniosłem się z ziemi i spojrzałem na wilka, któremu byłem winny chyba magiczne słówko.

<Ktoś?>

1 komentarz: