Szłam przez gęsty las już drugi dzień. Poczułam głód. Zignorowałam to. W końcu można poczekać jeszcze trochę dłużej. Z lekkim uśmiechem na pysku zauważyłam topniejący śnieg, świeże pąki listków i malutkie kwiatuszki, które starały się przebić przez śnieg. Nagle z gałęzi odleciał ptak? Nie, to nie mógł być ptak. Zaskoczona, odskoczyłam w tył. Przede mną mignęło kolorowe futerko. Poczułam, że coś mnie pociągnęło za ucho, gdy się tam odwróciłam, dostałam kuksańca w drugie. Już lekko zirytowana, w końcu przyuważyłam, co to takiego było. Bardzo ruchliwe to i żywotne. Na moim nosie siedział duszek leśny. Zaczął się śmiać do rozpuku, gdy zobaczył moją irytację. Wkurzona warknęłam, lecz to nie pomogło i duszek dalej się śmiał. Strzepnęłam go łapą i poszłam dalej przed siebie, lecz poczułam pociągnięcie za ogon.
- Dlaczego już idziesz? - spytało to cienkim i smutnym głosikiem. - Nie chcesz dalej się ze mną bawić?
- Nie. - odpowiedziałam oschle, patrząc z góry na tego śmiecia... bardzo uroczego śmiecia
- Nawet nie chcesz poznać mojego imienia? - nie czekając na odpowiedź mówiła dalej - Jestem Erit, a Ty?
- Mea. Anima Mea.
- Uu, fajnie - uśmiechnęła się i pisnęła radośnie, robiąc fikołka w powietrzu. - Mogę Ci towarzyszyć?
- Niby w czym?
- No... w wędrówce! Jestem idealną przewodniczką, znam ten las jak własną kieszeń, pomogę Ci nawet w polowaniach!
- Niby jak? -zaczęłam się śmiać, a Erit skrzywiła się - Tak w ogóle, to jak się tu znalazłaś? Myślałam, że leśne duszki żyją raczej w koloniach niż same.
- Noo... zgubiłam się. - na jej słowa parsknęłam śmiechem, lecz znowu poczułam burczenie w brzuchu.
- Lepiej chodźmy na coś zapolować. - odparłam i ruszyłam przed siebie.
- Czyli mogę ci towarzyszyć?
- A jak myślisz?
- Jupi!! - wrzasnęła uszczęśliwiona.
Po paru godzinach dotarłyśmy na piękną łąkę. Nieopodal płynęła wartka rzeka, a na środku łąki stał obiad; piękny, jeleń. Weszłam do wysokiej trawy, słońce paliło mnie w grzbiet, zdziwiłam się, że w wiosnę może być tak ciepło. Powoli skradając się, zauważyłam kątem oka, jak Erit na coś wskazuje. Zirytowana spojrzałam, a w rzece płynęło czyjeś truchło. Nie, może jeszcze nie truchło. Chwilę później mknęłam już co sił w łapach, w stronę brzegu. Zwierzyna oczywiście uciekła, zaalarmowana nagłym poruszeniem, jednak nie dbałam teraz o to.
Niemal ślizgiem wyhamowałam tuż przy granicy wody i lądu, po czym przebiegłam kilkanaście metrów w dół rzeki, by dotrzeć do spływającego z nurtem topielca. Erit dzielnie leciała za mną. Gdy byłam już przy nim, wyciągnęłam szyję i z całej siły chwyciłam go za kark, z niemałym wysiłkiem holując do brzegu.
Zdyszana, spojrzałam na ciało z niepokojem. Czy było już za późno?
Basior leżał w bezruchu; zaczęłam uciskać jego klatkę piersiową, by pomóc mu oddychać. Traciłam już nadzieję, gdy wilk nagle zakaszlał, wypluwając wodę, i powoli wciągnął do płuc powietrze. A więc będzie żył. Erit pobladła popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła. Chyba zaczynam ją lubić.
- Mea, co robimy? - spytała Erit, gdy ja w słońcu suszyłam siebie i tajemniczego basiora. Nadal leżał nieprzytomny, lecz oddychał.
- A jak myślisz? - spytałam ją, nie otwierając oczu.
- No tak szczerze to nie wiem. - odparła, siadając na moim ramieniu.
- Pójdziemy do najbliższej jaskini jaką znajdziemy, a później pomyślimy co dalej.
- Oki! - odparła uradowana. Skąd ona ma tyle entuzjazmu i energii?
Po godzinie odpoczynku starałam się za pomocą telekinezy przesuwać basiora, lecz był on za ciężki. Zdyszana usiadłam obok niego.
- Co się śmiejesz? - warknęłam na Erit. Momentalnie umilkła, dusząc śmiech.
- Może ja ci pomogę? - spytała patrząc na mnie psotnie.
- Niby jak? - parsknęłam, lecz zaniemówiłam. Erit podleciała do basiora i dzięki swojej magii, uniosła go.
- To gdzie lecimy? - spytała mnie z triumfem.
- Podobno ty znasz len las, więc prowadź.
I tak szłam z Erit na ramieniu i z nieprzytomnym basiorem, lewitującym za nami.
Pod wieczór znalazłam razem z Erit odpowiednią jaskinię i tam położyłyśmy basiora. Owinęłam go w skórzany kocyk, z którego sama korzystam w zimę, lecz uważam, że w tym momencie bardziej się to przyda jemu niż mnie. Położyłam się na drugim końcu jaskini i zasnęłam z Erit w moich łapach.
Wstałam o świcie. Poleciłam Erit, żeby została w jaskini, na wypadek gdyby nieznajomy się obudził, a ja poszłam na polowanie. Po godzinie wróciłam do Erit z dwoma wiewiórkami. Zapytałam się czy chce kawałek lecz ona pobladła i odpowiedziała, że jest wegetarianinką. Spoko, lecz nie wie co traci. Zjadłam łapczywie wiewiórę, byłam bardzo głodna. Po śniadaniu wyszłam przed jaskinię, by wygrzewać się w porannych promieniach słońca, gdy nagle usłyszałam, że nieznajomy się poruszył. Odwróciłam się, a on oparty o ścianę, z przymrużonymi oczami patrzy na mnie. Odezwał się chrapliwym głosem, jeszcze się krztusząc:
- Witaj - i przewrócił się. Podbiegłam do niego i pomogłam mu wstać, a potem usiąść. Poprosiłam Erit, by przyniosła wiewiórkę. Nieznajomy zjadł ją, a ja się odezwałam:
- Jak ci na imię?
-Mateo - odpowiedział, taksując mnie wzrokiem - A ty, moja wybawicielko? - już miałam odpowiedzieć, gdy Erit mnie wyprzedziła -
- Mea, a ja jestem Erit, też pomogłam jej w ratowaniu ciebie! - wykrzyknęła i zatrzepotała rzęsami.
- Dokładnie Anima Mea, lecz rzeczywiście wolę jak mówią na mnie Mea. - odpowiedziałam patrząc na Erit karcącym wzrokiem.
- Ładnie - odparł Mateo i się zamyślił. Siedząc obok niego, również odpłynęłam, lecz Erit niecierpliwie pociągnęła mnie za ucho i zapytała się co robimy.
- Podobno jest tutaj jakaś wataha, może jej poszukamy? - zapytał Mateo
- Dla mnie może być - odparłam obojętnie, lecz w duchu poczułam dreszczyk emocji
- Dla mnie też! - wrzasnęła Erit i wyleciała z jaskini.
- To co, idziemy za nią? - spytałam Mateo.
Mateo? :3