poniedziałek, 28 stycznia 2019

Od Animy Mei cd Kaze'a

Och, mój kochany las. Daje mi wszystko co chcę. Święty spokój, błoga cisza, której nic ani nikt nie może mi przerwać. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, Erit została w jaskini, a ja mogłam w spokoju pozbierać myśli. Zamknęłam oczy i lekko się uśmiechnęłam. Lekki, zimowy wiaterek owiewał mój pysk. Zaczęłam truchtać i węszyć w poszukiwaniu zwierzyny. Tak się cieszyłam tą chwilą spokoju... Nagle przede mną wylądował basior o białym futrze wraz z dwoma parami skrzydeł. Dziwne, zawsze widziałam wilki z jedną parą. Nieznajomy spojrzał się na mnie i zapytał spokojnym głosem.
- Cześć, jestem Kaze, a Ty?
- Mea, Anima Mea - mruknęłam. Mój obiadek i święty spokój, poszedł się gonić.
Zapadła niezręczna cisza. Jakoś nie miałam ochoty na rozmowę. Kaze jakby to wyczuł i chrząknął. Po chwili zaczął dalej coś mówić.
- To... też należysz do Watahy Kresu, prawda?
- Mhm. - odburknęłam. Spojrzałam na Kazea. Wyglądał na zakłopotanego i smutnego. Uniosłam brew zdziwiona. Potrząsnęłam łbem. Gdyby była tu Erit, to ona by się zajęła rozmową... No nic, biedny Kaze nadal czekał, więc rzekłam.
- Chodź za mną. Pokażę ci... tereny. - zająknęłam się. Ewidentnie nie umiem w rozmowy. Ruszyłam przed siebie, nie patrząc na basiora. Po chwili usłyszałam, że idzie za mną. Szliśmy, gdy w końcu Kaze zrównał się ze mną. Próbował jakoś rozpocząć rozmowę, ale za każdym razem kończyło się to klęską, więc odpuścił na pewien czas. W między czasie ukradkiem się mu przyglądałam. Jego kremowe skrzydła przyciągały wzrok a matowe futerko wyglądało na nieskazitelnie czyste. I oczy, błękitne oczy, w których mogłabym się utopić... Kichnęłam. Kaze się zaśmiał.
- Na zdrowie - powiedział i uśmiechnął się. Uf, chyba mi przeszło. Nie przepadam za tym uczuciem.
- Dziękuję.

Sama nie wiedziałam gdzie idę, ale łapy poniosły nas nad Wybrzeże. Z nieba zaczął padać śnieg. Płatki śniegu lekko opadały na piasek, który nie był już przyjemnie ciepły jak w lato. Morskie fale cicho rozbijały się o brzeg. Zapatrzyłam się w dal. Zupełnie zapomniałam o obecności Kazea. Z zamyślenia wyrwał mnie głośny pisk radości.
- Mea!!! - wrzasnęła uszczęśliwiona tęczowa kulka, która dowaliła prosto we mnie. - Tak długo cię szukałam! Oo, a kto to? - zapytała mnie, wskazując na Kazea.
- Kaze, to Erit, Erit, to Kaze. - odparłam.
- Uu, miło mi! - odparła i zrobiła fikołka w powietrzu.
- Mi również. - uśmiechnął się. Z zafascynowaniem oglądał Erit, która podleciała do niego i bacznie przyglądała się jego skrzydłom.
- Masz skrzydła jak ptak. I to do tego dwie pary! - ze zdziwieniem spojrzała na basiora. Uśmiechnął się i już chciał coś odpowiedzieć, gdy mu przerwałam i powiedziałam.
- Chodźmy poszukać jakiegoś kamienia na amulet. - Erit spojrzała się na mnie,  jakby mnie pierwszy raz w życiu widziała, a ja wzruszyłam ramionami. Nie wiem skąd mi przyszedł taki pomysł.
- Kaze, co ty na to? - zapytała się Erit uszczęśliwiona, że w końcu coś się zacznie dziać.

Kaze? :3

sobota, 26 stycznia 2019

Od Animy Mei cd Eliego

Szłam przez las, coraz bardziej zmęczona upałem. W lasku było odrobinę chłodniej, co przynosiło nieznaczną ulgę. Oczywiście Erit nigdzie nie rusza się beze mnie.
- Jak myślisz, czy to ja mam łapki idealnie pasujące do twojego ramienia, czy to ty masz ramię idealne na moje łapki? - zamyślona Erit ciągnęła swoje wywody. Zazwyczaj nie oczekiwała odpowiedzi, bo zaraz po tym przychodziło następne pytanie. Tym razem było inaczej. Przekrzywiła główkę i spojrzała na mnie. Westchnęłam niezadowolona i spojrzałam zmęczona na Erit.
- Nie wiem.
- No ale pomyśl przez chwilę!
- Erit, ile ty masz lat?
- 156! - odparła z dumą - Dlaczego pytasz? - ponownie wypuściłam powietrze z płuc. Starałam się uspokoić, wyciszyć, ale TEN GNOJEK MI W TYM NIE POMAGA!
- Nie ważne.
- Ważne! Proszę, Mea, odpowiedz! - przeciągała samogłoski i spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- Eh... Załóżmy że to ty masz idealne łapki - mruknęłam i przyspieszyłam.
- O. Dzięki!! - Erit wyglądała na zadowoloną moją odpowiedzią, zapominając o poprzednim pytaniu. Gorzej niż ze szczeniakiem. Nagle Erit zaczęła coś do mnie wrzeszczeć, więc się odwróciłam. Wtedy poczułam zderzenie mojego zadka z innym wilkiem. Momentalnie podskoczyłam i odwróciłam się do nieznajomego.
- Jak ty leziesz?! - wkurzona warknęłam i spojrzałam na basiora. Powoli wstał, otrzepując się z kurzu. Był niewiele wyższy ode mnie. Wokół jego pyska mieniły się kolorowe światełka. Zainteresowana spojrzałam na nie. Uznałam, że najprawdopodobniej są to świecące blizny.
- Przepraszam, nie chciałem na ciebie wpaść, a w szczególności na twoją tylną część ciała. Zamyśliłem się. - zaczął mówić zakłopotany, a ja go zaczęłam taksować wzrokiem. Niestety nie zajęło mi to zbyt długo, bo nagle przyleciała Erit.
- Cześć!! Jestem Erit, nieustraszoną towarzyszką Mei! A ty jak się zwiesz? - zapytała, patrząc na niego, nieco zza mojego ramienia. Nie siadła na moim ramieniu, tylko leciała nade mną, w pewnym momencie zaczęła patrzeć na basiora do góry brzuszkiem. Machnęłam łapą, że ta straciła równowagę, więc musiała się odwrócić z powrotem na łapki i usiąść.
- Cześć Erit! - uśmiechnął się - Jestem Eli.
- Oo. Fajnie! Erit, Eli, Erit, Eli, Erit, Eli..
- Przestań. - warknęłam na Erit, a ta spochmurniała. Po chwili spojrzałam na Eliego.
- Ja mam na imię Anima Mea.
- Woli kiedy będziesz się do niej zwracał Mea! - szepnęła Erit. Posłałam jej karcący wzrok. Dlaczego ona musi zawsze wrzucić swoje trzy grosze?
- Ładnie. - uśmiechnął się. Nagle w moim brzuchu poczułam rozlewające się ciepło. Odwzajemniłam mu głupawym uśmiechem. "Matko Boska, Mea, co się z tobą dzieje?!" krzyczałam do siebie w myślach. Chrząknęłam i przybrałam pokerową minę.
- To... chciałabyś ze mną gdzieś pójść? Jestem tu nowy, więc niezbyt znam tutejsze tereny. - po dłuższej chwili Eli się odezwał. Zanim zdążyłam odpowiedzieć coś opryskliwego, Erit zakryła mi łapką pysk i odpowiedziała za mnie.
- Z wielką chęcią! - zaśmiała się patrząc na mnie znacząco. - Możemy przejść się nad wodospad, co ty na to?
- Dla mnie brzmi dobrze. Fajnie by było się ochłodzić, słońce praży niemiłosiernie.
- Okej, to postanowione! - uradowana Erit poleciała do przodu. Westchnęłam cicho i ruszyłam za nią. Za mną poszedł Eli.

Eli? :3 Wymyśl coś ciekawego, co się stanie nad wodospadem c:

piątek, 25 stycznia 2019

Od Kaze

Ostrożnie wylądowałem na zlodowaciałej ziemi. Poczułem chód wywodzący się od zmarzniętej ziemi i przeszywający całe moje ciało. Otrząsnąłem się i przycisnąłem skrzydła blisko do ciała. Tereny, jakie mnie teraz otaczały miały swego rodzaju urok. Podczas swojej wędrówki widziałem wiele zapierających dech w piersi miejsc, w żadnym jednak nie czułem się tak jak tutaj. To miejsce w jakiś sposób przypominało mi dom. Spojrzałem na mniejszą parę skrzydeł znajdującą się bardziej z tyłu, na chwilę na moim pysku zawitał wyraz smutku.
- Do momentu, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać. - Powiedziałem z cichym westchnieniem.
Spojrzałem w dół zbocza, to nie czas na sentymenty. Zamiast użalać się nad sobą i lamentować powinienem poszukać sobie jakiegoś towarzystwa. Gdzieś w tym rozciągającym się daleko po horyzont lesie znajdę wilki, być może w niedalekiej przyszłości któryś z nich okaże się moim nowym przyjacielem. No, a przynajmniej taką mam nadzieję.
- Dobra Kaze, koniec gadania. Czas wziąć się do roboty. - Powiedziałem do siebie i rozłożyłem skrzydła.
Chłodny wiatr zaczął przemykać pomiędzy moimi piórami. Niska temperatura nie była może najbardziej sprzyjającym mi czynnikiem, ale jak to się mówi, co cię nie zabije to cię wzmocni. Trzymając się tej sentencji, postanowiłem ruszyć w stronę okradzionego z liści lasu. Występujące jedynie w części iglaste drzewa sprawiały, że w lesie poza bielą i brązem wciąż znajdowało się trochę zieleni. Po niedługim locie postanowiłem zatrzymać się na jakiejś polanie. Moje łapy niemal całkowicie znikły w białym puchu, zupełnie jakbym zlał się ze śniegiem. Od tej miękkiej pokrywającej ziemię powłoki odróżniała mnie jednak jedna rzecz. Matowa sierść, która w przeciwieństwie do białego puchu nie iskrzyła się w słońcu. Ruszyłem dalej pieszo przed siebie, nucąc sobie przy tym jakąś starą, zasłyszaną niegdyś piosenkę. Podążając powoli w stronę jaskiń, zacząłem rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś znaku życia. W końcu gdzieś w oddali udało mi się wypatrzyć zarys wilczej postaci. Energicznie poderwałem się więc do lotu i ruszyłem w stronę nieznajomego, by się z nim przywitać.

<Któż to był?>

Od Eliego do Ktosia

Słońce świeciło wysoko na jasnym niebie, ogrzewając wszystkie już zielone roślinki i hasające po ziemi stworzonka, w tym również mnie. Wypatrywałem pewnych czerwonych, bardzo pomocnych po kilku nieprzespanych nocach nasionek pnącza. Woda zapewne była jeszcze chłodnawa, ale nie to mnie wtedy obchodziło. Ważne było to, co rosło przy niej na drugim brzegu. Guarana. Pobudzająca i psychostymulująca, poprawiająca odporność, likwidująca ból głowy roślinka. Bardzo rzadka, ale na moje szczęście akurat tu się od niej roiło. Leo pewnie chciałby trochę mieć. Lubi nie spać. Tacie zdecydowanie bardziej by się przydała. Przynajmniej wraz ze mną, część jego problemów się skończyła.
Cóż. Ja, jak to ja szybko się ulokowałem. Dwa tygodnie i już mam gdzie mieszkać i zajęcie. Nawet nie najgorsze. Szczeniaki są urocze.
Przeleciałem nad wodą i zerwałem trochę, uważając, żeby jakoś bardzo nie uszkodzić tak przydatnej rośliny, za chwile chowając ją sobie pod skrzydła. Musiałem przyznać, że taki schowek bardzo się przydawał. Nie trzeba było się męczyć z targaniem niektórych rzeczy w pysku przez czas wędrówki. Było to miłe udogodnienie, ale niestety nie wszystko szło po mojej myśli. Czarny kolor mojego futra przyciągał ciepło bardziej niż glin, a lato nie przestawało dawać się we znaki. Słońce zdawało się bliżej niż przed chwilą, bo temperatura podskoczyła. Wskoczenie do rzeki kusiło jeszcze bardziej niż przed sekundą. Nie zniósłbym tego długo. Jeszcze dorobiłbym się udaru. Koniec tego.
W jednym momencie iskrzące się światło załamało się, a ja szedłem już zacienioną ścieżką do swojej ciemnej, ale ciepłej jaskini. Ta moc bardzo mi się przydawała w tak ciepłe dni, jak ten. Poodkładałem pędy osmęty na odpowiednie miejsce wśród innych leczniczych roślin, czekających na odkażenie i przygotowanie. Może potem zaniosę to szamanowi, żeby się tym zajął. Za dwadzieścia minut zaczynałem pracę, więc powinienem zająć się tym nieco później. Obowiązki przede wszystkim. Taaak.
Wyszedłem z jaskini, zapominając o jasnym świetle, które pod tym kontem niemiłosiernie poraziło mnie w oczy. Zanim zdążyłem je zniwelować, poczułem, że na coś wpadłem. Potknąłem się o własne łapy, próbując wycofać się do tyłu, nie ujrzawszy podłoża i skończyłem na ziemi, w cieniu, wytworzonym przez moją jaskinię. Niezdara.
Podniosłem się z ziemi i spojrzałem na wilka, któremu byłem winny chyba magiczne słówko.

<Ktoś?>

Nowy basior - Eli

Eli
Winged spirit by griffsnuff
Eli | 2 lata | Pediatra | K~annoying

Witam kolejnego wilka płci męskiej w naszej watasze, która powoli rozwija swe skrzydła. Jest to Eli, któremu życzę wielu miłych chwil spędzonych na naszym blogu! 

Nowy basior! - Kaze

Kaze
Kaze | 5 lat | Obrońca | anako

Mam zaszczyt powitać kolejnego basiora w naszym - jak na razie - niewielkim wilczym stadzie. Cieszymy się, że możesz z nami być! 

sobota, 12 stycznia 2019

Od Mei

- Erit! Do jasnej cholery, nie strasz mnie! - ten mały skurczybyk zaczął się tylko śmiać.
- Co cię tak bawi? - zapytałam.
- Nic, nic. - odpowiedziała, dalej dusząc się ze śmiechu. No nie mogę się normalnie skupić, bo takie coś ci przyleci i przeszkadza. Czy ona naprawdę nie rozumie, że z boku nie najlepiej widzę i gdy nagle coś wyskakuje prosto na pysk, to nie ma bata, podskoczysz jak głupi zając? Wkurzona wróciłam do gry na ukulele. Erit na chwilę odleciała, lecz ja już  wiedziałam co zrobi.
- Erit, bo cię walnę! - wrzasnęłam i już chciałam rzucić instrumentem, ale zatrzymałam się. To ukulele jest zbyt cenne dla mnie. - Nudzi ci się?!- zapytałam, gdy zaczęła mnie ciągnąć za ucho.
- Taak i to potwornie, chodźmy gdzieś.
- Po co?
- Nie wiem. Tak porostu się przewietrzyć. - odparła, a ja spojrzałam na nią i uniosłam brew. - No co, siedzimy tu już dwa dni i jest mi tak nuuuuudno!
- Dobra, nie jęcz, już wychodzimy.
- Jej! A z kim?
- Jak to, "z kim"? Nikt inny nie jest mi teraz potrzebny, więc po co zatruwać komuś życie?
- Oj, ty się nie znasz. Z większą grupą zawsze jest fajniej. - odpowiedziała zirytowana Erit.
Nic nie mówiąc, niezadowolona mruknęłam, wstałam i zaczęłam kierować się do wyjścia jaskini. Uradowana Erit wyleciała na powietrze i zaczęła kręcić fikołki w powietrzu.
- To gdzie idziemy? - spytała się mnie, patrząc na mnie z iskrami w oczach.
- Nie wiem, to ty zaproponowałaś wyjście, więc prowadź.
- Hm... To może pójdziemy nad wodospad. - Erit nie czekając na moją odpowiedź ruszyła, a ja tylko wzruszyłam ramionami i poszłam za nią.

***

- Jak myślisz lepsza Czimi-Wiśnia czy Wiśnio-Czanga? Oh, jak to fajnie brzmi! Czimi-Wiśnia, Wiśno-Czanga, Czimi-Wiśnia, Wiśno-Czanga, Czimi-Wiśnia, Wiśno-Czanga, Czimi,
- Na chwilę zamknij łaskawie swój pyszczek, bo nie wytrzymam! - wrzasnęłam, przerywając jej, lecz po chwili kontynuowałam dalej - W końcu chcesz, żebym wybrała co jest lepsze, prawda?
- Prawda!
- No więc Czimi-wiśnia.
- Oo, też tak sądzę! - odpowiedziała i gdy do mnie przyleciała, zaczęła przytulać się do mojej szyi, owijając się w moje włosy.
- Co ty robisz? - spytałam, lecz nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie naprzeciwko mnie pojawił się / pojawiła się...

Dokończy ktoś? Razem pójdziemy nad Wodospad :D Albo zrobimy coś innego?

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Od Allijay - "Kompan od polowania"

Ten dzień zaczął się dla mnie jak każdy inny, obudziły mnie promienie słońca wpadające przez wejście do jaskini. Jak zwykle obudziłam się z pełnym pęcherzem, więc wyleciałam w podskokach i załatwiłam to co musiałam. Kolejną typową rzeczą był głód, zapomniałam o kolacji, więc byłam podwójnie głodna a jedynie co miałam w zapasach to kilka zdechłych żab pozbawionych oczu, które kilka dni temu przerobiłam na maści chłodzące, na oparzenia i obtarcia. Przeciągnęłam się i wyleciałam na mały rekonesans. Miałam ochotę na sarninę. Pyszną świeżutką sarnę. Idealnym miejscem wydawały się łąki niedaleko gór, tam pasie się najwięcej zwierzyny. Miałam szczęście. Przy jednej ze skalnych ścian znajdowało się małe stadko. Musiałam tylko obmyślić plan. Najrozsądniejsze wydawało się po prostu podlecenie i porwanie jednej z nich, ale nie widziałam żadnych młodych, a dorosłego osobnika nie byłabym w stanie unieść. Pozostała mi tradycyjna wersja podchodów i pogoni. Wylądowałam w bezpiecznej odległości od zwierząt żeby ich niepotrzebnie nie niepokoić.
Takie zabawy nie są dla mnie, skrzydła znacznie utrudniają takie akcje i w pojedynkę jest strasznie ciężko, następnym razem chyba załatwię sobie jakiegoś pomocnika. W momencie, w którym pomyślałam o tym, że fajnie byłoby mieć kogoś z kim można by polować dookoła mnie zebrała się ciemna mgła, a w mojej głowie mruknął głos:"To możemy dla ciebie zrobić".Doskonale wiedziałam kto mi miesza w bani, mój ulubiony demon, wtrącający się we wszystko - Vorus. Nim zdążyłam go opieprzyć za upierdliwość mgła się zagęściła i totalnie nic nie widziałam. Porzucając pomysł dyskusji z tym pomiotem, rozgoniłam dym skrzydłami, płosząc też przy okazji swoje śniadanie, które musiało nieźle się spłoszyć czymś takim.
Kiedy już widoczność była w miarę dobra dostrzegłam obok siebie, gigantyczne bydle, wielkości małej krowy. Tyle, że to był ogar. No taki prawie. Wyglądał mniej więcej jak szkielet, jednak był pokryty skórą no i miał uszy. Nie miał sierści. Za to miał ogon jak u jaszczurki i potężne łapy z pazurami. Spojrzał na mnie. Wywalił jęzor i mnie nim obślinił. To było na swój sposób urocze. Te moje demony czasem jednak się przydają. Stwór usiadł obok mnie nie spuszczając mnie z oczu - pomijając fakt, że ich nie miał."Poznaj Hatiego" znowu ktoś odezwał się w mojej głowie."Niech ci dobrze służy". Uśmiechnęłam się do siebie.
-Pora na polowanie przyjacielu.
Ogar odszczeknął, chociaż to nie był typowy dźwięk wydawany przez psy, pobrzmiewało w nim coś złowrogiego, coś zdecydowanie nie z tego świata.

Od Mateo CD Allijay

Rozglądałem się wokoło szeroko otwartymi oczami, chłonąc wszystko, co serwowała mi przyroda. Doprawdy, wiosenny świat jest piękny! Szumiało mi w głowie, co nieco utrudniało podziwianie krajobrazu. Udało mi się jednak dostrzec takie zjawiska, jak rozwijające się powoli płatki leśnych kwiatów, przez co prawie zakrztusiłem się radością. No, może nie tylko nią.
Jednoczesne utrzymywanie kursu i kontemplowanie natury nie było łatwe, więc chcąc nie chcąc ostatecznie skupiłem się na pasmie ziemi przede mną. Nie rozczarowywało mnie to jednak, o nie; ileż prześlicznych szczegółów można na niej dostrzec! Nigdy wcześniej nie zauważyłem, że dywagowanie nad istotą życia pasikoników, które przeskakują pod łapami, czy obserwowanie źdźbełka trawy, które, nadepnięte, po chwili wraca do pierwotnego kształtu, może być aż tak zajmujące!
Unosząc się w zachwycie, o mało co przeoczyłem pewną ważną informację: teren, przez który prowadziła mnie Allijay, pachniał zupełnie inaczej niż przestrzenie, po których poruszałem się na co dzień. Jedynym podobieństwem była nikła woń wilków. Więc jestem poza swoim terytorium? Czy mieszka tu jakaś inna wataha? Dokąd właściwie jestem prowadzony? Skoro nie zostałem przegoniony do stu wiatrów, może mnie nie zjedzą. E, nie ma sensu się martwić, co będzie, to będzie.
Dla odmiany skierowałem swoją uwagę na waderę, która mi towarzyszyła. Nie wyczuwałem od niej zapachu zbyt wielu wilków - nie mówiło mi to wiele; równie dobrze mogła być w watasze nowa jak i do żadnej nie należeć. Przyjrzałem się jej dużym, jasnym skrzydłom. Wyglądały na dość silne, by wynieść ją wysoko. Swoją drogą, ciekawe, jak to jest móc latać. Niestety, skok z klifu oferuje najwyżej doświadczenie spadku swobodnego, które do kontrolowanego lotu ma się zapewne nijak. Szkoda.
- Jesteśmy. Zanim poznasz alfę muszę się upewnić, że nie umrzesz podczas rozmowy wstępnej - oznajmiła wilczyca, wprowadziwszy mnie do jaskini. Aha! A więc należy do jakiejś grupy. Zanim zdążyłem się dobrze rozejrzeć po wnętrzu, zostałem posadzony w kącie. W zasadzie wyszło mi to na dobre, bo w miarę podróży moje samopoczucie pogarszało się i coś czułem, że nie ustałbym jeszcze długo na nogach.
Miejsce, w którym się znalazłem, zapierało dech w piersiach (subiektywna ocena; przywykłem już do tego, że większość wilków nie zgadza się ze mną, jeśli chodzi o wrażenie wywierane przez różne obiekty). Dlatego, że wyglądało niezwykle, a także z powodu mocnego aromatu różnorakich ziół. Powiązane w pęczki rośliny leżały praktycznie wszędzie lub suszyły się, przywiązane do sufitu. Gdzieniegdzie dostrzegałem też inne potencjalne składniki mikstur o nieznanym mi działaniu.
- Czym się zajmujesz? - spytałem, przyglądając się z zaciekawieniem, jak wadera robi... coś.
- Jestem tu szamanką - odpowiedziała, kilka razy zamieszała dużą łyżką i to coś najwyraźniej było gotowe. Podsunęła mi wywar w zabawnej miseczce. - Wypij to. Pomoże ci.
Chciałem zadać jeszcze jakieś pytania, ale posłusznie zacząłem chłeptać mieszaninę. Nie była zbyt dobra w smaku, ale cierpienie kształtuje duszę, czy jakoś tak. Liczyło się w każdym razie to, że pomogła, i to niemal od razu. Poczułem w środku miłe ciepło, a ból głowy ustąpił. Chwilę później czułem się już, jakbym mógł przebiec maraton.
- Jeśli mam spotkać się z alfą, to lepiej nie zwlekajmy - zaproponowałem, podnosząc się z miejsca. Allijay przegrodziła mi jednak drogę skrzydłem,
- Byłoby to świetne rozwiązanie, gdybyś chciał zemdleć w trakcie rozmowy - prychnęła z lekkim rozbawieniem. - Musisz jeszcze chwilę odpocząć, aż całkiem odzyskasz siły. Powinieneś też coś zjeść. Zioła nie załatwią wszystkiego.
- Skoro tak - wykonałem coś na kształt wzruszenia ramionami i położyłem się w kąciku. Czarno-błękitna odeszła na chwilę, po czym wróciła z jakimś niewielkim zwierzaczkiem. Podziękowałem i zabrałem się do jedzenia. Wymieniliśmy kilka zdań. Kiedy moja sytuacja się ustabilizuje, będę się musiał odwdzięczyć za opiekę. Jeśli dożyję.
Po krótkim posiłku poczułem się senny. Wadera miała rację; gdybym wcześniej wyszedł z jaskini, byłoby ze mną raczej cienko, gdyż wzmacniający efekt ziół był krótkotrwały. Postanowiłem uciąć sobie krótką drzemkę.
Gdy po pewnym czasie otwierałem oczy, Allijay szykowała się do wyjścia. Wyglądała trochę niepewnie, jakby bała się, co alfa powie na mój widok. Ale tylko trochę.
Nie musiała mi mówić, że już czas. Wstałem, przeciągnąłem się szybko, by przegnać sztywność ze stawów, i wyszliśmy. Ciekawiło mnie bardzo, kim jest wilk, który przewodzi temu stadu. Czy jest choć trochę podobny do Lii?
Właśnie... Lia! Alfa poprzedniej watahy! W ułamku sekundy wszystkie wspomnienia wróciły - i te ostatnie, o moim małym wypadku, i te najdawniejsze. Oczy zaszkliły mi się lekko ze wzruszenia. Jak mogłem zapomnieć swojej historii!? Chciałem opowiedzieć swojej towarzyszce to, czego wcześniej nie pamiętałem, jednak rozmyśliłem się. Przecież alfa pewnie też o to spyta, a lepiej wytłumaczyć wszystko raz, a dobrze, niż dwukrotnie plątać się w tych wszystkich wydarzeniach. Z nową energią ruszyłem za koleżanką.

<Allijay?>

niedziela, 6 stycznia 2019

Od Laurentis CD Lucy

Długo leżałam z zamkniętymi oczyma, nie mogąc zasnąć, bo wolałam być czujna, w razie, gdyby to monstrum postanowiło jednak po nas przyjść. Widziałam to wcześniej tylko jeden, jedyny raz, jak napadło na watahę Darka i rozszarpało na strzępy miejscowego starca. Tego zapachy oraz widoku nie da się zapomnieć. Nie wiem jak owe coś się nazywa, ale wiem, że jest to jedno z najgroźniejszych stworzeń istniejących na naszej planecie. To czarno-szare monstrum o długich, masywnych łapach i ostrych zębach bywa bezlitosne. Niektóre osobniki posiadają również duże, zakręcone rogi.
Nie wiem ile tak leżałam i myślałam o tym czymś, ale wystarczająco długo, by być tak zmęczoną, że mój instynkt obronny po prostu się wyłączył. Gdy rano się przebudziłam, zauważyłam, że Lucy nie ma. Wyszłam z jaskini i zaczęłam węszyć. Zapach potwora, był niewyczuwalny, co wiązało się z tym, że nie było go w pobliżu. Tylko gdzie była Lucy? Podczas poszukiwań jej, natknęłam się na dwa wilki, które jak się okazało - potrzebowały schronienia. Po rozmowie z nimi, doszliśmy do porozumienia, a oni zostali w watasze.
Szukałam Lucy wszędzie, zaczęłam się nawet o nią martwić. Zostało mi kilka miejsc, gdzie jeszcze nie miałam okazji sprawdzić. W pierwszej kolejności pokierowałam się na obrzeża Mrocznego Lasu, tylko co Lucy mogła tam robić? Rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu wadery, gdy za drzewem zamajaczył mi chyba jej ogon. na pewno był jej, bo żaden wilk w watasze nie posiadał tak puszystego ogona.
- Lucy! - zawołałam
Wadera podskoczyła, po czym odwróciła się w moją stronę przerażona. Gdy tylko mnie zobaczyła odetchnęła z ulgą
- Miałyśmy się nie rozdzielać. - powiedziałam troskliwie. - Tym bardziej nie wypada, żebyś szła tutaj sama, i to w takiej sytuacji.
Wadera spojrzała na mnie i posłała mi delikatny uśmiech.
- Byłam głodna, chciałam coś zjeść. - odpowiedziała. - Tutaj rosną naprawdę dobre owoce
- Ale jest tutaj bardzo niebezpiecznie. - odpowiedziałam podchodząc bliżej do wadery.
Po krótkiej wymianie zdań, namówiłam ją, aby więcej nie przychodziła tutaj na posiłek, bo tutejszy las jest naprawdę bardzo niebezpieczny. W drodze powrotnej opowiedziałam waderze o nowo przybyłych wilkach, których miałam okazję poznać, ale sama Lucy nie odzywała się za wiele. Była naprawdę małomówna i nieśmiała. Nie chcąc się jej narzucać, przemilczałam resztę drogi. Wadera była dorosła i nie mogłam jej zmusić to ciągłego chodzenia ze mną, skoro ona tego nie chciała. Z drugiej strony, moim obowiązkiem jako Alfy była ochrona swojej watahy. Jedyne co mogłam dla niej zrobić, to poprosić, aby uważała na siebie.

Lucy?

Od Nokturnu

Leżąc na jednej ze skał i wsłuchując się w szum wodospadu, czułem się coraz bardziej przekonany, że dołączenie do Laurentis i jej stada było dobrym pomysłem. Wataha zapewniała mi ochronę, jakiej nie posiadałem, włócząc się samotnie po świecie, a ja mogłem jej się zrewanżować, wykorzystując moje umiejętności medyczne. Mogłem też odpocząć od trudów wędrówki i najeść się w końcu do syta – chociaż to ostatnie było bardziej skutkiem nadejścia wiosny. Śnieg stopniał, ułatwiając dostęp do jadalnych roślin, a także umożliwiając kwiatom rozkwitnięcie i ozdobienie naszego świata.
Ciepłe promienie wiosennego słońca równoważyły chłód bijący od wody, sprawiając, że okolice wodospadu stawały się wyjątkowo przyjemnym miejscem. Dotąd nie pojawił się tutaj żaden inny wilk, co bardzo mi odpowiadało. Delektowałem się samotnością, próbując wymyślić dalsze wersy najnowszej piosenki. Miałem z tym jednak pewien problem, bo dotyczyła ona negatywnych aspektów życia, a ja czułem się całkiem przyjemnie. Ale chciałem ją dokończyć, póki jeszcze byłem do tego zmotywowany.
Nucenie pod nosem przerwało mi pojawienie się w powietrzu nowego zapachu. Jego właściciel niewątpliwie był członkiem watahy Laurentis – kto wie, może to sama Alfa? Woń była zbyt słaba, aby od razu to określić, jednak z każdą chwilą przybierała na sile. Dochodząc do wniosku, że niezidentyfikowany wilk zmierza w kierunku wodospadu, wycofałem się w cień. Przy odrobinie szczęścia miałem szansę pozostać niezauważonym i w spokoju spędzić kolejne popołudniowe godziny.
Przybyszem okazała się być Laurentis. Ze swojej kryjówki obserwowałem, jak bladofioletowa wilczyca zaspokaja pragnienie, a potem zwinnie wspina się na wystające nad wodę głazy. Zatrzymała się na chwilę, jakby podziwiając piękno wodospadu, zaraz jednak ruszając w dalszą drogę. Z łatwością poruszała się po skałach i wyglądało na to, że za chwilę oddali się, a ja ponownie zostanę sam. Nagle jednak wadera poślizgnęła się na wilgotnym kamieniu, przeturlała i spadła do wody.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pozostać w ukryciu, ale wolałem się upewnić, czy Alfie na pewno nic nie jest. Ruszyłem po skałach znacznie wolniej niż ona, utykając nieco na złamaną przed dwoma laty nogę. Nim udało mi się do niej dotrzeć, Laurentis już stała na brzegu i otrzepywała się z wody. Mimo tego zabiegu jej sierść nadal pozostała wilgotna, jak to po kąpieli.
– Wszystko w porządku, Laurentis? – zapytałem, nieco niezgrabnie zeskakując na skały obok niej. Przyjrzałem się jej szybko – nie wyglądała na ranną. Wolałem jednak poczekać, aż wilczyca sama mi odpowie.

<Laurentis?>

Zmiany!

Uwaga moi drodzy, przychodzę, aby coś wam ogłosić.

 Mianowicie miała przed chwilą miejsce sytuacja, gdzie ja jedno opowiadanie odpisały dwa wilki. Aby tego uniknąć następnym razem - bo może być to problematyczne, dla wilka, który opowiadanie rozpoczął - należy w komentarzu "zaklepać" opowiadanie, pisząc "zaklepuję, <Imię wilka który chce odpisać>", lub coś podobnego.

Mam nadzieję, że zmiana ta wejdzie w życie bez większych problemów i ułatwi nam wszystkim pisanie opowiadań.

Informacja ta znalazła się także w regulaminie, w punkcie o opowiadaniach.

 Laurentis.

Nowy basior - Nokturn

Nokturn
Nokturn | 4 lata | Chirurg | Heroica

Z przyjemnością przedstawiam wszystkim kolejnego basiora w watasze, a jest to Nokturn! Bardzo cieszę się, że postanowiłeś do nas dołączyć. Życzę Ci szczęścia w wilczym świecie! 

Od Animy Mei Cd Mateo

Szłam przez gęsty las już drugi dzień. Poczułam głód. Zignorowałam to. W końcu można poczekać jeszcze trochę dłużej. Z lekkim uśmiechem na pysku zauważyłam topniejący śnieg, świeże pąki listków i malutkie kwiatuszki, które starały się przebić przez śnieg. Nagle z gałęzi odleciał ptak? Nie, to nie mógł być ptak. Zaskoczona, odskoczyłam w tył. Przede mną mignęło kolorowe futerko. Poczułam, że coś mnie pociągnęło za ucho, gdy się tam odwróciłam, dostałam kuksańca w drugie. Już lekko zirytowana, w końcu przyuważyłam, co to takiego było. Bardzo ruchliwe to i żywotne. Na moim nosie siedział duszek leśny. Zaczął się śmiać do rozpuku, gdy zobaczył moją irytację. Wkurzona warknęłam, lecz to nie pomogło i duszek dalej się śmiał. Strzepnęłam go łapą i poszłam dalej przed siebie, lecz poczułam pociągnięcie za ogon.
- Dlaczego już idziesz? - spytało to cienkim i smutnym głosikiem. - Nie chcesz dalej się ze mną bawić?
- Nie. - odpowiedziałam oschle, patrząc z góry na tego śmiecia... bardzo uroczego śmiecia
- Nawet nie chcesz poznać mojego imienia? - nie czekając na odpowiedź mówiła dalej - Jestem Erit, a Ty?
- Mea. Anima Mea.
- Uu, fajnie - uśmiechnęła się i pisnęła radośnie, robiąc fikołka w powietrzu. - Mogę Ci towarzyszyć?
- Niby w czym?
- No... w wędrówce! Jestem idealną przewodniczką, znam ten las jak własną kieszeń, pomogę Ci nawet w polowaniach!
- Niby jak? -zaczęłam się śmiać, a Erit skrzywiła się - Tak w ogóle, to jak się tu znalazłaś? Myślałam, że leśne duszki żyją raczej w koloniach niż same.
- Noo... zgubiłam się. - na jej słowa parsknęłam śmiechem, lecz znowu poczułam burczenie w brzuchu.
- Lepiej chodźmy na coś zapolować. - odparłam i ruszyłam przed siebie.
- Czyli mogę ci towarzyszyć?
- A jak myślisz?
- Jupi!! - wrzasnęła uszczęśliwiona.
Po paru godzinach dotarłyśmy na piękną łąkę. Nieopodal płynęła wartka rzeka, a na środku łąki stał obiad; piękny, jeleń. Weszłam do wysokiej trawy, słońce paliło mnie w grzbiet, zdziwiłam się, że w wiosnę może być tak ciepło. Powoli skradając się, zauważyłam kątem oka, jak Erit na coś wskazuje. Zirytowana spojrzałam, a w rzece płynęło czyjeś truchło. Nie, może jeszcze nie truchło. Chwilę później mknęłam już co sił w łapach, w stronę brzegu. Zwierzyna oczywiście uciekła, zaalarmowana nagłym poruszeniem, jednak nie dbałam teraz o to.
Niemal ślizgiem wyhamowałam tuż przy granicy wody i lądu, po czym przebiegłam kilkanaście metrów w dół rzeki, by dotrzeć do spływającego z nurtem topielca. Erit dzielnie leciała za mną. Gdy byłam już przy nim, wyciągnęłam szyję i z całej siły chwyciłam go za kark, z niemałym wysiłkiem holując do brzegu.
Zdyszana, spojrzałam na ciało z niepokojem. Czy było już za późno?
Basior leżał w bezruchu; zaczęłam uciskać jego klatkę piersiową, by pomóc mu oddychać. Traciłam już nadzieję, gdy wilk nagle zakaszlał, wypluwając wodę, i powoli wciągnął do płuc powietrze. A więc będzie żył. Erit pobladła popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła. Chyba zaczynam ją lubić.
- Mea, co robimy? - spytała Erit,  gdy ja w słońcu suszyłam siebie i tajemniczego basiora. Nadal leżał nieprzytomny, lecz oddychał.
- A jak myślisz? - spytałam ją, nie otwierając oczu.
- No tak szczerze to nie wiem. - odparła, siadając na moim ramieniu.
- Pójdziemy do najbliższej jaskini jaką znajdziemy, a później pomyślimy co dalej.
- Oki! - odparła uradowana. Skąd ona ma tyle entuzjazmu i energii?
Po godzinie odpoczynku starałam się za pomocą telekinezy przesuwać basiora, lecz był on za ciężki. Zdyszana usiadłam obok niego.
- Co się śmiejesz? - warknęłam na Erit. Momentalnie umilkła, dusząc śmiech.
- Może ja ci pomogę? - spytała patrząc na mnie psotnie.
- Niby jak? - parsknęłam, lecz zaniemówiłam. Erit podleciała do basiora i dzięki swojej magii, uniosła go.
- To gdzie lecimy? - spytała mnie z triumfem.
- Podobno ty znasz len las, więc prowadź.
I tak szłam z Erit na ramieniu i z nieprzytomnym basiorem, lewitującym za nami.
Pod wieczór znalazłam razem z Erit odpowiednią jaskinię i tam położyłyśmy basiora. Owinęłam go w skórzany kocyk, z którego sama korzystam w zimę, lecz uważam, że w tym momencie bardziej się to przyda jemu niż mnie. Położyłam się na drugim końcu jaskini i zasnęłam z Erit w moich łapach.
Wstałam o świcie. Poleciłam Erit, żeby została w jaskini, na wypadek gdyby nieznajomy się obudził, a ja poszłam na polowanie. Po godzinie wróciłam do Erit z dwoma wiewiórkami. Zapytałam się czy chce kawałek lecz ona pobladła i odpowiedziała, że jest wegetarianinką. Spoko, lecz nie wie co traci. Zjadłam łapczywie wiewiórę, byłam bardzo głodna. Po śniadaniu wyszłam przed jaskinię, by wygrzewać się w porannych promieniach słońca, gdy nagle usłyszałam, że nieznajomy się poruszył. Odwróciłam się,  a on oparty o ścianę, z przymrużonymi oczami patrzy na mnie. Odezwał się chrapliwym głosem,  jeszcze się krztusząc:
- Witaj - i przewrócił się. Podbiegłam do niego i pomogłam mu wstać, a potem usiąść. Poprosiłam Erit, by przyniosła wiewiórkę. Nieznajomy zjadł ją, a ja się odezwałam:
- Jak ci na imię?
-Mateo - odpowiedział, taksując mnie wzrokiem - A ty, moja wybawicielko? - już miałam odpowiedzieć, gdy Erit mnie wyprzedziła -
- Mea, a ja jestem Erit, też pomogłam jej w ratowaniu ciebie! - wykrzyknęła i zatrzepotała rzęsami.
- Dokładnie Anima Mea, lecz rzeczywiście wolę jak mówią na mnie Mea. - odpowiedziałam patrząc na Erit karcącym wzrokiem.
- Ładnie - odparł Mateo i się zamyślił. Siedząc obok niego, również odpłynęłam, lecz Erit niecierpliwie pociągnęła mnie za ucho i zapytała się co robimy.
- Podobno jest tutaj jakaś wataha, może jej poszukamy? - zapytał Mateo
- Dla mnie może być - odparłam obojętnie, lecz w duchu poczułam dreszczyk emocji
- Dla mnie też! - wrzasnęła Erit i wyleciała z jaskini.
- To co, idziemy za nią? - spytałam Mateo.


Mateo? :3

Od Allijay do Mateo

Nikt nigdy nie wspomniał mi, że samodzielność nie jest tak łatwa i przyjemna jak się wydaję. Nigdy bym nie pomyślała, że to takie trudne i męczące. Wymaga bardzo dużo wysiłku, myślenia i ogólnie sprawia wiele problemów. Jednak nie zamieniłabym tego na nic innego. Wreszcie sama decyduje o tym co chce robić, gdzie chcę iść nawet o takiej głupocie jak co dziś zjem i to jest zajebiste uczucie. Mimo wszystko życie w totalnej samotności byłoby z mojej strony głupie i nierozważne bo samotny wilk staje się łatwym celem. Chociaż to zazwyczaj my polujemy, jest wiele istot, które z chęcią pokusiłby się o wilczą skórę i kły. Z tego powodu kiedy wpadłam na teren watahy to nie wybrzydzałam i od razu się rozgościłam, alfa wydaje się całkiem spoko waderą. Była bardzo miła, chociaż dla mnie zbyt poukładana. Nic do niej nie mam, po prostu takie odniosłam wrażenie.
Siedzę tu już któryś dzień i na razie nie robiłam nic innego oprócz zbierania składników do mikstur i sporządzania wywarów. Raz zdarzyło mi się najeść pewnych małych grzybów, wtedy miałam niezły odlot, ale to wystarczyło na niecały dzień a później nie czułam się za dobrze.
Stwierdziłam, że dziś wybiorę się trochę dalej i zajdę na wybrzeże. Nie do końca jest pora na kąpiele, ale ocean wzbudza we mnie spokój. Rano zaraz po śniadaniu wzbiłam się w powietrze i zaleciałam na miejsce. Nie szukałam niczego konkretnego, chociaż do jednego z przepisów przydałby się pancerz kraba i kilka małży.
Pogoda mi sprzyjała, na niebie nie było żadnej chmury, słońce dogrzewało jedynie wiatr sprawiał, że spacer po plaży wydawał się przeprawą przez Saharę podczas jednej z piaszczystych burz. Futro zawiewało mi na oczy i czasem nie widziałam gdzie idę. Nie minęła nawet godzina, a ja już miałam dość plaży i skręciłam w stronę lasu. Wiatr między drzewami, aż tak bardzo nie doskwierał a i oczy mogły odpocząć od tumanów piachu. Otrząsnęłam futro. Dalsza wędrówka nabrała już charakteru bardziej zbierackiego, z lasu przydałoby mi się kilka wiewiórczych kitek. I tak mi upływał czas na mordowaniu małych gryzoni. W pewnym momencie natrafiłam na jaskinię. Była niedaleko wybrzeża, ale dobrze ukryta między drzewami. Z czystej ciekawości zajrzałam do środka, a moim oczom ukazał się ledwo stojący na łapach basior.
-Witaj - odparł z uśmiechem i mało nie runął na ziemię.
-Hej - zawahałam się - Wszystko okej?
"Jay kretynko on ledwo stoi" skarciłam się w duchu.
-Mogło być lepiej - odparł - Komu zawdzięczam ratunek? - usiadł na przeciwko mnie opierając się całym ciałem o ścianę jaskini.
Spojrzałam na niego lekko zbita z tropu, bo ktoś najwyraźniej mu pomagał, ale to zdecydowanie nie byłam ja.
-Na pewno nie mi druhu - odparłam - Ale myślę, że pomoc od kogoś nowego by ci się przydała.
Basior zakaszlał.
-Skoro tak mówisz - uśmiechnął się - Mateo.
-Allijay.
Mateo nakreślił mi mniej co się stało i jak się tu znalazł, ale nie wiele pamiętał. Oprócz tego, że topił się i jakaś dobra dusza zdecydowała się mu pomóc. Siedzieliśmy chwilę w jaskini czekając na powrót naszej bohaterki ale się nie zjawiła, więc zdecydowałam się zaprowadzić basiora do watahy. Dołączyłam tu tydzień temu i już sprowadzam jakiś facetów. To na pewno zrobi dobre wrażenie na innych. Pomijając zmartwienia moją reputacją, martwiłam się, że mój towarzysz odwali mi kitę po drodze, a jest zdecydowanie za duży, żeby przenieść jego ciało gdziekolwiek. Dobrze, że nazbierałam już zapasów bo chłopakowi zdecydowanie przyda się kilka specyfików.
-Jesteśmy. Za nim poznasz alfę muszę się upewnić, że nie umrzesz podczas rozmowy wstępnej. - zaprowadziłam basiora do mojej jaskini i posadziłam w jednym z jej rogów.

<Mateo?>

Nowa wadera - Anima Mea

Anima Mea
Anime Mea | 5 lat | Obrońca | majka.pam

Serdecznie witamy w naszych wilczych progach kolejną wilczycę, a jest to Anima Mea. Życzę ci wszystkiego, co najlepsze w naszym skromnym, wilczym świecie! 

sobota, 5 stycznia 2019

Od Mateo

Leniwie podniosłem powieki. Chociaż moje oczy natychmiast poraziło mocne światło, nie opuściłem ich z powrotem. Skąd się tu wziąłem i co tu robię?

***

Choć zapewne niedawno jeszcze przysypana śniegiem, łąka zbudziła się już do życia i teraz wręcz wrzało nad niej od nadmiaru mniejszych czy większych istotek. Istnienie na niej podtrzymywała mknąca żwawo po odwilży rzeka, która rozlewała się szerokimi zakolami nieopodal. W głębinach potoku aż ciasno było od wszelkiego rodzaju ryb. Na powierzchni leniwie unosiło się zaś wilcze ciało.
Wadera, która w wysokiej trawie właśnie podchodziła pasącego się jelenia, zamarła w pół kroku na jego widok. Chwilę później mknęła już co sił w łapach stronę brzegu. Zwierzyna oczywiście uciekła, zaalarmowana nagłym poruszeniem, jednak wilczyca nie dbała teraz o to.
Niemal ślizgiem wyhamowała tuż przy granicy wody i lądu, po czym przebiegła kilkanaście metrów w dół rzeki, by dotrzeć do spływającego z nurtem topielca. Gdy była już przy nim, wyciągnęła szyję i z całej siły chwyciła go za kark, z niemałym wysiłkiem holując do brzegu.
Zdyszana, spojrzała na ciało z niepokojem. Czy było już za późno?
Basior leżał w bezruchu; zaczęła uciskać jego klatkę piersiową, by pomóc mu oddychać. Traciła już nadzieję, gdy wilk nagle zakaszlał, wypluwając wodę, i powoli wciągnął do płuc powietrze. A więc będzie żył.
***

Rozejrzałem się, próbując się zorientować w moim obecnym położeniu. Cóż, najwyraźniej w jakiś sposób uniknąłem śmierci. Leżałem w jaskini, przez której wlot wpadało do środka mnóstwo słońca. Po chwili odnotowałem też, że owinięty byłem w coś w rodzaju koca - najprawdopodobniej zwierzęcą skórę. Skoro ostatnie, co pamiętam, to unoszenie się pod lodem w przeszywająco zimnej wodzie, a teraz jestem tu, to znaczy, że zostałem przez kogoś uratowany.
Podniosłem się, z czego moje ciało nie było zadowolone - ale miałem teraz inne rzeczy na głowie, niż przejmowanie się takimi bzdetami, jak objawy wskazujące na hipotermię. Przeszedłem pomieszczenie w kilkunastu chwiejnych krokach. Rozbolała mnie głowa, ale wyjrzałem na zewnątrz.
Widok zapierał dech w piersiach. Była wiosna! Tak dawno jej nie widziałem!
Nie miałem sił zastanawiać się nad tym, gdzie podziała się zima, której doświadczyłem ostatnio. Prawdę mówiąc, nie miałem siły na nic. Oparłem się o ścianę, biorąc głębokie wdechy. Może teraz umrę? Szkoda by było, kiedy właśnie zobaczyłem jedną z moich ulubionych pór roku, ale może po śmierci trafię na jeszcze piękniejszy krajobraz?
Kto wie. Myślę, że warto wierzyć - jeżeli nie trafię na nic, to nie będę się miał jak przejmować tym, że byłem w błędzie, prawda? Chyba... chyba tak...
Jak przez mgłę dostrzegłem zmierzającą w moją stronę sylwetkę wilka. A może to tylko kolejny cień? Nie wiem...
- Witaj - wykrztusiłem z uśmiechem, w nagłym przypływie niemocy niemal padając na ziemię. Nie uchodziło wątpliwości, że nie miałem się najlepiej.

<Ktoś?>

Nowy basior - Mateo

Mateo
Mateo | 4 lata | Opiekun szczeniąt | kotik 

Mam zaszczyt powitać pierwszego osobnika płci męskiej w naszej watasze! Liczę na wspaniałą współpracę oraz miło spędzone chwile. Powodzenia! 

piątek, 4 stycznia 2019

Od Lucy CD Laurentis

Bez namysłu zaczęłam biec za waderą, i obie schowałyśmy się za sporą skałą. Nie wiedziałam o co chodzi, ani co tam jest. Z jednej strony ciekawość zżerała mnie od środka, ale z drugiej panicznie się tego bałam. Moje ciało trzęsło się, i nie był to powód chłodnej nocy.
- Co to? - zapytałam tak cicho, że nie byłam pewna, czy wadera mnie usłyszała
- Coś, z czym nie chcesz się spotkać. - wyszeptała ostrożnie, cały czas wyglądając zza skały.
Moje ciało przeszedł dreszcz. Laurentis miała rację - nie chciałam tego spotkać. Podziwiałam waderę, że w takiej sytuacji potrafi zachować się tak rozsądnie, w przeciwieństwie do mnie.
- Musimy tu przeczekać. - powiedziała. - Nie chcemy się narażać.
Siedziałam cicho, a w mojej głowie zaczęły rodzić się różne scenariusze, jak to może być, gdy owa postać nas znajdzie. Czy rozszarpałby nas na kawałki? Połkną w całości? Nie chciałam o tym myśleć, więc wyparłam te myśli ze swojej głowy.
W głębi mojego serca błagałam, aby to coś już sobie poszło.
Zauważyłam, że od jakiegoś czasu wadera się po troszkę wychyla, jakby chcąc sprawdzić, jak ma się sytuacja.
- Chyba możemy iść. - stwierdziła wilczyca
Wciąż ostrożnie, ruszyłyśmy przed siebie, stopniowo wynurzając się z jaskini. Rzeczywiście, po bestii nie było ani śladu. Westchnęłam z ulgą.
- I tak musisz być teraz ostrożna. - powiedziała poważnie. - Ten gatunek nie zmienia tak szybko miejsca swojego pobytu. Wciąż może być gdzieś w pobliżu. - dokończyła ostrożnie się oglądając dookoła. - Uważam, że dziś powinnyśmy zasnąć w jednej jaskini. Tak dla bezpieczeństwa.
Spojrzałam na waderę, nie do końca zadowolona tą propozycją, ale ona miała rację, teraz lepiej trzymać się razem. Przyznając jej prawdę, pokiwałam głową.
Wadera kiwnęła łbem, tym samym dając znak, aby szła za nią. Ruszyłyśmy z powrotem do jej jaskini, przez którą zostałam poprowadzona, aż nie znalazłyśmy się w niewielkim pomieszczeniu z dwoma wyjściami.
- To jest coś, jak mój prywatny schron. - wyjaśniła. - Jeśli coś do nas przyjdzie z którejś strony, zawsze mamy drogę ucieczki.
Wadera po tych słowach położyła się na posadce wyłożonej sianem i zamknęła oczy. To chyba oznaczało, że chce iść spać. Nie zadając zbędnych pytań, położyłam się na drugim końcu pomieszczenia i po chwili również zasnęłam.

<Laurentis?>

czwartek, 3 stycznia 2019

Nowa wadera - Allijay


Allijay
Allijay | 3 lata | Szamanka | Wdma4


Powitajmy Allijay, kolejną waderę w naszej watasze. Mam nadzieję, że twoje chwile spędzone tutaj będziesz miło wspominać. Wszystkiego dobrego w wilczym świecie!

środa, 2 stycznia 2019

Od Laurentis CD Lucy

Wadera była wyjątkowo cicha i nieśmiała, co nadawało jej enigmy. Nie mogę powiedzieć, że jej nie lubiłam, lub wydawała mi się dziwna - najprościej dla tego, że jej nie znałam. Wilczyca jednak nie wyglądała jakby szukała przyjaciół, co oczywiście rozumiem i nie chcę się narzucać. Bo sama nie szukam przyjaciół na siłę.
Zamyślona wróciłam do swojej jaskini z zamiarem odpoczęcia po dzisiejszym dniu. Może nie mam jeszcze zbyt wiele do roboty - w końcu jest nas tylko dwie - ale dzisiejszy dzień był smętny, mimo tego, że niedawno zagościła do Nas wiosenna pogoda.
Położyłam się wygodnie na kupie liści, które służyły za moje legowisko. Rozłożyłam się w najwygodniejszej pozycji jaka tylko mogła być, z zamiarem zaśnięcia, co prawie mi się udało, gdyby nie ktoś wbiegający wprost do mojego schronienia. Zerwałam się na równe łapy, chciałam zobaczyć co się dzieje. Moim oczom ukazała się Lucy.
- Tam coś jest. - powiedziała szeptem
- Gdzie? - zapytałam zdezorientowana. - Gdzie coś jest?
Lucy wydawała się być wystraszona, a to, że mi nie odpowiadała tylko patrzyła na mnie błagalnie utwierdził mnie w tym przekonaniu.
- Pokażesz mi? - zapytałam spokojnie
Wadera ruszyła przodem, a ja szłam za nią zastanawiając się, o co może jej chodzić. Ktoś chce na nas napaść? Nie, na pewno nie, żadna wataha jeszcze o nas nie słyszała. A może to Darko, wraz ze swoim ojcem mnie odnaleźli? Na samą myśl poczułam ciarki, i zaczęłam szacować moje szanse na pokonanie ich. Niestety, były równe zeru. Nie mamy z Lucy szans, aby ich pokonać. To są dwa potężne basiory, zapewne w akompaniamencie całej ich świty wojowników.
Mniej pewna wychyliłam się z jaskini i rozejrzałam się dookoła, ale nic nie widziałam.
- Więc? - zapytałam
- Tam. - odpowiedziała i wskazała łapą na krzaki majaczące w oddali
Przyjrzałam się i tam rzeczywiście się coś poruszało. Ale mogło to być wszystko - lis, dzika krowa, lub koń.
- Lucy, to może być każde zwierze, wiesz o tym? - powiedziałam spokojnie
- Nie wydaje mi się. - odparła niepewnie wadera
Westchnęłam, ale jako alfa watahy moim obowiązkiem było sprawdzić, co w krzakach się porusza. Bezpieczeństwo przede wszystkim, czyż nie?
Bez zastanowienia, z pełnym skupieniem ruszyłam przed siebie, wprost na krzaki. W połowie drogi zatrzymałam się, czując znany mi smród. To nie była zwykła, leśna zwierzyna. Nie był to też Darko, ze świtą. Było to coś o wiele gorszego. Stanęłam jak wryta, nie wiedząc co robić, chyba trochę spanikowałam. Po chwili mój rozum wrócił i zawinęłam łapy za pas. Szybko podbiegłam do wadery, która wciąż stała obok wejścia do mojej jaskini.
- Chowaj się! - krzyknęłam mijając ją

<Lucy? Ciekawe co tam się dalej stanie>

wtorek, 1 stycznia 2019

Od Lucy

Tereny okolicznej watahy były naprawdę ładne, ale czy stado liczące dwa wilki można nazwać watahą? Może w miarę czasu będzie się ona rozrastać, kto wie. Jeśli nie wypali, będę skazana chyba do końca życia, na tę waderę, którą jest Laurentis DiMona. Z tego co mi wiadomo, o czym mówiła, to to, że jest to po prostu Laurentis. Niech będzie i tak.
Siedziałam nad brzegiem zbiornika wodnego, do którego wpadała woda z wodospadu. Pogoda dziś była wyjątkowo ciepła, jak na początek wiosny. Słońce przyjemnie grzało w grzbiet.Z pozycji siedzącej, położyłam się wyciągając przednie łapy przed siebie i umieszczając na nich głowę. Wpatrywałam się w strumień spadającej wody. Przez chwilę miałam uczucie, jakby coś majaczyło pod taflą wody. Chcąc to sprawdzić, niezwłocznie dałam nura do wody. Dzięki temu, że potrafiłam oddychać pod wodą, mogłam spędzić w niej tyle czasu ile chciałam. Ujrzałam rybę i stwierdziłam, że chcę ją obejrzeć bliżej. Powoli do niej podpłynęłam, a ta od razu się spłoszyła i zaczęła uciekać. Nie miałam serca, by jej gonić, a co gorsza, zrobić krzywdę. Po chwili nurkowania i oglądania podwodnego świata wynurzyłam się na powierzchnię. Rozejrzałam się wokoło. Żadnej żywej duszy, tylko ptaki gdzieś w tle śpiewały.
Po powrocie na ląd ponownie położyłam się z zamiarem wysuszenia sierści. Nie chciałam jej wysuszyć, bo woda dawała przyjemne uczucie chłodu. Przymknęłam powieki, mój oddech stał się równomierny.
Przebudziłam się, gdy słońce zbliżało się ku zachodowi. Leniwie wstałam i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę Serca Watahy, gdzie miałam spędzić bezpiecznie noc.
- Wszystko w porządku? - zapytała mnie Laurentis, gdy mijałam się z nią obok jej jaskini
- Emm... - wydukałam. - Tak. - odpowiedziałam, skuliłam ogon i szybkim krokiem ruszyłam w stronę mojej norki.
- Hej! - usłyszałam za sobą krzyk. - Poczekaj moment.
Stanęłam i wiedziałam jedno. Nie miałam ochoty na żadną rozmowę. Nie mam nic do Laurentis, ale nie mam ochoty na konwersacje z kimkolwiek
- Jesteśmy dwie. - powiedziała stając obok mnie. - Musimy się teraz wzajemnie pilnować. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś ci się stało. - stwierdziła z uśmiechem
- Może niedługo nie będziemy tak do końca same. - odparłam
Proszę, pozwól mi już odejść.
- Oh, tak. - przyznała. - Dobrze by było
Zapadła między nami cisza, której nie miałam zamiaru przerywać.
- Dobrej nocy w każdym razie i do zobaczenia jutro. - powiedziała Laurentis i ze zwinnością lisa pobiegła do swojej jaskini

<Laurentis? Mogę liczyć na odpowiedź z twojej strony?>

Nowa Wadera - Lucy!


Lucy
The flower. by Safiru
Lucy | 3 lata | Szpieg | XOprincessXO 


Mam zaszczyt przedstawić pierwszą, oficjalną członkinię tej watahy, a jest to Lucy, bardzo urokliwa wadera. Życzę Ci powodzenia i samych przyjemnych chwil podczas pisania opowiadań 

Powitajmy Alfę watahy - Laurentis Di Mona

Laurentis DiMona
Beauty by Taravia
Laurentis DiMona | 5 lat | Samica Alfa | Werka1 

WIELKIE OTWARCIE

Mam zaszczyt oficjalnie otworzyć Watahę Kresu.

Skąd taki pomysł? Prowadziłam kiedyś watahę o podobnej nazwie i była to dla mnie świetna zabawa. Po 4 latach ponownie mam ochotę poczuć to, co czułam wtedy.

Zapraszam serdecznie do dołączania !!!