niedziela, 6 stycznia 2019

Od Nokturnu

Leżąc na jednej ze skał i wsłuchując się w szum wodospadu, czułem się coraz bardziej przekonany, że dołączenie do Laurentis i jej stada było dobrym pomysłem. Wataha zapewniała mi ochronę, jakiej nie posiadałem, włócząc się samotnie po świecie, a ja mogłem jej się zrewanżować, wykorzystując moje umiejętności medyczne. Mogłem też odpocząć od trudów wędrówki i najeść się w końcu do syta – chociaż to ostatnie było bardziej skutkiem nadejścia wiosny. Śnieg stopniał, ułatwiając dostęp do jadalnych roślin, a także umożliwiając kwiatom rozkwitnięcie i ozdobienie naszego świata.
Ciepłe promienie wiosennego słońca równoważyły chłód bijący od wody, sprawiając, że okolice wodospadu stawały się wyjątkowo przyjemnym miejscem. Dotąd nie pojawił się tutaj żaden inny wilk, co bardzo mi odpowiadało. Delektowałem się samotnością, próbując wymyślić dalsze wersy najnowszej piosenki. Miałem z tym jednak pewien problem, bo dotyczyła ona negatywnych aspektów życia, a ja czułem się całkiem przyjemnie. Ale chciałem ją dokończyć, póki jeszcze byłem do tego zmotywowany.
Nucenie pod nosem przerwało mi pojawienie się w powietrzu nowego zapachu. Jego właściciel niewątpliwie był członkiem watahy Laurentis – kto wie, może to sama Alfa? Woń była zbyt słaba, aby od razu to określić, jednak z każdą chwilą przybierała na sile. Dochodząc do wniosku, że niezidentyfikowany wilk zmierza w kierunku wodospadu, wycofałem się w cień. Przy odrobinie szczęścia miałem szansę pozostać niezauważonym i w spokoju spędzić kolejne popołudniowe godziny.
Przybyszem okazała się być Laurentis. Ze swojej kryjówki obserwowałem, jak bladofioletowa wilczyca zaspokaja pragnienie, a potem zwinnie wspina się na wystające nad wodę głazy. Zatrzymała się na chwilę, jakby podziwiając piękno wodospadu, zaraz jednak ruszając w dalszą drogę. Z łatwością poruszała się po skałach i wyglądało na to, że za chwilę oddali się, a ja ponownie zostanę sam. Nagle jednak wadera poślizgnęła się na wilgotnym kamieniu, przeturlała i spadła do wody.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pozostać w ukryciu, ale wolałem się upewnić, czy Alfie na pewno nic nie jest. Ruszyłem po skałach znacznie wolniej niż ona, utykając nieco na złamaną przed dwoma laty nogę. Nim udało mi się do niej dotrzeć, Laurentis już stała na brzegu i otrzepywała się z wody. Mimo tego zabiegu jej sierść nadal pozostała wilgotna, jak to po kąpieli.
– Wszystko w porządku, Laurentis? – zapytałem, nieco niezgrabnie zeskakując na skały obok niej. Przyjrzałem się jej szybko – nie wyglądała na ranną. Wolałem jednak poczekać, aż wilczyca sama mi odpowie.

<Laurentis?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz